Miasto to nie tylko budynki i potoki aut sunących ulicami. Na podwórkach, w parkach i alejkach, a nawet w opuszczonych budynkach, wszędzie tam - nawet mroźną zimą - tętni życie. Sprawdziliśmy jakie hobby wynoszą na ulicę mieszkańcy Trójmiasta.
Wbrew pozorom, nie trzeba spać na pieniądzach, żeby zająć się golfem. Off golf, turbo golf, czy urban golf - nazw jest wiele, ale idea jedna - grać poza polem golfowym. Przyjrzeliśmy się, jak grają dwaj wytrawni gracze z Gdańska: Marcin i Sławek.
Zapakowaliśmy torbę golfową do samochodu i ruszyliśmy do jednej z opuszczonych fabryk. Pierwsze słowa jakie padły z ust golfistów to narzekania na brak przestrzeni, choć dla nas hala fabryczna wydaje się być więcej niż obszerna.
- Dobrze gra się z dachu budynku, tam człowiek czuje, że może się swobodnie zamachnąć - śmieje się Marcin. - Oczywiście trzeba się upewnić, że na dole nikt nie będzie przechodził, bo piłka golfowa leci jak pocisk. Strzelić na odległość 250 m to żaden wyczyn.
Golf miejski wymaga nieco więcej wyobraźni niż gra na polu. Trzeba samemu ustalić sobie zasady gry, znaleźć cel, do którego będzie się celować i przede wszystkim znaleźć bezpieczne miejsce do uprawiania tej dyscypliny.
Jedni lubią tłuc szyby, czy butelki, inni wybierają sobie małe, obracające się cele, na przykład zardzewiałe elementy wentylacyjne zwisające z sufitu. Są też tacy, którzy po prostu uderzają piłeczkę za piłeczką, nie troszcząc się o to, gdzie poleci.
- Nie ma właściwie żadnych zasad, ludzie grają w off golfa po prostu dla zabawy - mówi Sławek. - Chyba wszystkie sporty miejskie służą rozładowaniu emocji, przy okazji można się trochę poruszać i spotkać z ludźmi o podobnych zainteresowaniach.
Na parkingu przy bazie kontenerowej w Gdyni stoi miejski autobus. Nagle ciszę popołudnia przerywa huk, a wokół wybucha zamieszanie. To na szczęście nie gangsterzy, lecz trening grupy taktycznej SGO Gdańsk. W szeregach tej "formacji" znajdują się głównie amatorzy zafascynowani militariami, ale wśród nich doszukać się można osób związanych zawodowo z służbami mundurowymi. Nie mniej ich treningi są czysto "sportowe".
W przeciwieństwie do wielu podobnych grup nie przenoszą swojej działalności do lasu, ani w tereny odludne. Ćwiczą w przestrzeni miejskiej, a to wymaga od nich odrobiny wysiłku włożonego w organizację.
- Zawsze staramy się o pozwolenie właściciela terenu, na którym chcemy trenować - wyjaśnia Ramirez (członkowie grupy posługują się pseudonimami - przyp. red.), dowódca SGO Gdańsk. - Ze względu na to, że używamy replik broni i pirotechniki, o naszych planach informujemy policję.
Takie podejście procentuje, grupa nie ma problemu ze znalezieniem miejsca do treningu. Zyskują sobie także życzliwość firm, które widząc zaangażowanie członków grupy, wspomagają ich.
- Nie jesteśmy postrzegani jako grupka narwańców, gdy trenujemy w mieście każdy może zobaczyć czym się zajmujemy i jak wyglądają nasze ćwiczenia - opowiada dowódca. - Chcemy wychodzić do ludzi z tym, co lubimy najbardziej, chociażby po to, żeby zarazić ich naszym hobby. Nasze treningi to nie tylko sama symulacja walki, kręcimy filmy, robimy zdjęcia, żyjemy tym.
Z takim samym zaangażowaniem swoje zainteresowania traktują traceurzy, czyli fani parkour i free run. To dwa podobne do siebie sporty miejskie, polegające na przemierzaniu przestrzeni bez względu na przeszkody, które napotyka się na drodze. Murki, drzewa, a nawet budynki to żadne wyzwanie dla dobrego traceura.
- W parkour zasady są proste, trzeba jak najszybciej dotrzeć z punktu A do punktu B, bez względu na to, co napotkamy po drodze - mówi Grzegorz, traceur z Gdańska. - To połączenie różnych sportów takich jak bieganie, akrobatyka, gimnastyka sportowa. We free run liczy się też widowiskowość pokonania trasy, tam jest też miejsce na figury rodem z brake dance.
Traceur musi być silny, ale nie przesiaduje godzinami na siłowni, a sprzymierzeńcem jego ćwiczeń jest... grawitacja. Pompki, przysiady i podskoki na stałe wpisane są w ich trening, a elementy przestrzeni miejskiej zastępują hantle i inne przyrządy. Dzięki temu to sport tani i dostępny dla każdego.
- Nie trzeba być bogatym, żeby uprawiać parkour, ale znam też całkiem zamożnych traceurów, którzy zamiast spacerować po polu golfowym w eleganckich koszulkach polo wolą trenować na ulicach - mówi Grzegorz.



















Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii. Opinie niezwiązane z tematem artykułu, wulgarne, obraźliwe, naruszające prawo będą usuwane.