wiadomości

TrójMiejskie bieganie

Najnowszy artukuł na ten temat

Zabytkiem po szosach i szutrach

Medal i numer startowy z 2009 r.
Medal i numer startowy z 2009 r. fot. Mikołaj Wierzbicki

Zaczynamy pisanie bloga o bieganiu i aktywnym spędzaniu wolnego czasu w Trójmieście. Zaczynamy, bo autorów będzie dwóch - Piotr Suchenia, trener lekkiej atletyki i organizator zawodów sportowych oraz Mikołaj Wierzbicki, amator biegania, piszący te słowa.



Po takiej dedykacji to już trzeba zadebiutować
Po takiej dedykacji to już trzeba zadebiutować
Ostatnie metry i... META!
Ostatnie metry i... META! fot. Joanna Gozdanek
Tak się złożyło, że start bloga pokrywa się z rozpoczęciem zapisów do największej trójmiejskiej imprezy biegowej - XVII Maratonu Solidarności. O szczegółach dotyczących rejestracji można przeczytać na stronie organizatora oraz w artykule Portalu Trójmiasto, ja jednak chciałbym opisać swoje wrażenia jako uczestnika tej imprezy w 2009 r. i debiutanta na dystansie 42 km. Niech to przy okazji będzie wstęp i wyjaśnienie, z jakiego punktu widzenia będę pisał o bieganiu.

Nigdy nie lubiłem WF-u i jeśli tylko się dało, załatwiałem sobie zwolnienia. W grach zespołowych byłem wybierany przez kapitana drużyny jako jeden z ostatnich, a skoki przez kozła, przewroty w przód i bieganie w kółko po bieżni wydawały mi się wyjątkowo ogłupiające. Całe szczęście jeździłem sporo na rowerze, co uchroniło mnie przed zawałem przed trzydziestką. Jednak przekraczając trzydziestkę zorientowałem się, że moje BMI podąża za wiekiem i z kondycją też za dobrze nie jest. Klasyka gatunku - praca głównie przy komputerze, godziny za kierownicą w korkach, ulubione danie - pizza. No i zareagowałem też standardowo - na wiosnę 2009 r. wykupiłem karnet na siłownię. Okazało się, że 15 minut na bieżni to dla mnie ogromny wysiłek... Zawziąłem się, biegałem coraz dłużej, kupiłem dobre buty i z radością obserwowałem postępy.

W zawodach zadebiutowałem w maju, podczas Biegu Europejskiego w Gdyni. Pierwszą w życiu dychę przebiegłem w 56 minut. No i wtedy zamarzyło mi się to, co chyba każdemu biegaczowi - maraton. Nie chwaląc się za bardzo, żeby nie zapeszyć, rozpocząłem regularne treningi w lesie i nad morzem. Nie stosowałem konkretnego planu treningowego, choć oczywiście zaglądałem do książek polskiego guru biegowego, Jerzego Skarżyńskiego i spędzałem długie godziny na forach biegowych. Starałem się trenować na zasadzie 2-3 krótsze, intensywniejsze biegi w tygodniu i dłuższe, spokojne wybieganie w weekend.

Pierwszy półmaraton ukończyłem trochę "z rozpędu". Wystartowałem na dychę w V Nocnym Biegu Świętojańskim, a że wówczas bieg na 10 km, półmaraton i maraton odbywały się równocześnie, po pierwszej godzinie, zamiast ustawić się w kolejce do dekoracji, skręciłem dalej na trasę. Bieg ukończyłem, choć oczywiście nie zostałem oficjalnie sklasyfikowany. Do auta wracałem na sztywnych nogach, a przez kolejne dni unikałem schodów... Potem był Półmaraton Ziemi Puckiej, następnie pierwsze 30 km, po których nie zniesiono mnie na noszach, poczułem więc, że maraton jest osiągalny. A kiedy chwilę po rejestracji do XV Maratonu Solidarności dostałem od Skarżyńskiego dedykację o treści "Mikołajowi, z okazji debiutu maratońskiego", wiedziałem, że odwrotu już nie ma i dobiec muszę, choć znawcy odradzali na początek ten termin i tę trasę.

Następnego dnia, stojąc na starcie, miałem przed oczami reklamę leku przeciwbólowego z biegaczką roli głównej. Kiedyś myślałem sobie: o proszę, taka niepozorna babka, a jest w stanie przebiec maraton, niesamowite. Od zawsze maraton uważałem za coś abstrakcyjnego, nieosiągalnego, a teraz jestem w tym tłumie, mam tak jak wszyscy wokół te śmieszne buty biegowe, oddychające ciuchy, napoje, żele... No i wreszcie start. Ruszyłem z entuzjazmem, zbyt szybko, jak to zwykle debiutanci. Połowę trasy zrobiłem w dwie godziny z minutami. Biegłem i podziwiałem niezwykłe widoki wyludnionego miasta - wrażenie niesamowite dla każdego, kto na co dzień spędza długie godziny w korkach. Prawa nitka głównej arterii Trójmiasta była tylko dla nas, na lewej stali kierowcy, którzy raz to machali, raz wygrażali biegaczom. Za Mostem Siennickim opadłem nieco z sił. Ponoć kryzys, tzw. ściana, nadchodzi najczęściej około 30 km, mnie dopadł nieco wcześniej. Poczułem ból mięśni, o których istnieniu nie wiedziałem. Do tego rozpoczęła się najbardziej monotonna część trasy - na Westerplatte i z powrotem, na odkrytym terenie, w sierpniowym słońcu. Widząc kolegów z dwiema krwawymi plamami na koszulkach cieszyłem się, że pamiętałem o zaklejeniu plastrami sutków. Jeśli ktoś nie biegał dłuższych dystansów, nie przyjdzie mu to do głowy. Na punktach odżywczych, obok wody, pojawiły się banany i czekolada, trzeba tylko uważać z ilością, bo każdy ciężar w żołądku odczuwa się dużo bardziej niż zwykle. Za początkowy entuzjazm przyszło mi zapłacić na końcowych kilometrach, gdzie bieg musiałem przerywać truchtem, czasem nawet marszem.

Wszystko jednak minęło, kiedy dotarłem na Długą i w oddali zobaczyłem napis META. Ostatnie 200-300 metrów to był prawdziwy finisz, biegłem ile sił w nogach, zupełnie jakbym nie miał tych 42 km za sobą. Obiektywnie rzecz biorąc pewnie się wlokłem, miałem jednak wrażenie, że frunę do linii końcowej. A co na mecie? Wcześniej myślałem, że padnę ze zmęczenia, niebiosa się otworzą, dzwony będą dzwonić i Neptun zacznie bić brawo, a tu jakoś nie... Stałem twardo na nogach, z solą na twarzy, szczęśliwy, że się udało. Było pięknie, ale nie aż tak, jak myślałem, że będzie.

Teraz, patrząc z pewnej perspektywy, myślę że to było za wcześnie na debiut. Maraton trzeba przebiec, nie przejść. Wystartować to nie problem, jeśli jest się jako-tako wybieganym. Maratonu ponoć nie kończą tylko ci, którzy złapali kontuzję albo profesjonaliści, którzy źle rozłożyli siły. Pozostali, wcześniej lub później, dotrą do mety. Gdybym miał zatem komuś doradzać - nie ma co się spieszyć. Maraton poczeka, ludzie biegają na tym dystansie od 2500 lat ;)

Tym wpisem rozpoczynamy cykl artykułów w formie bloga pisanych przez aktywnych mieszkańców Trójmiasta. Autorzy podzielą się swoimi sportowymi doświadczeniami, opowiedzą subiektywnie o imprezach rekreacyjnych w których wzięli udział, zaprezentują też wiele ciekawych zdjęć. Zapraszamy do śledzenia działu Pasjonaci Piszą.

Opinie (24) 7 zablokowanych

  • Brawo Panie Mikołaju!

    Cieszę się czytając Pańskie słowa, gdyż czuję się jakbym czytał moją własną historię. Podobna młodość, podobna motywacja do biegania i przebieg "startów". Jestem na etapie biegania dyszek (ja też pierwszą przebiegłem w 56 min!) W przyszłym roku planuję półmaraton. Chętnie poczytam jak rozwijała się Pańska "kariera" biegowa :)

    • 16 1

  • Trójmiejskie STANIE.. lub LEWITOWANIE... w SKM oczywiście.

    • 3 1

  • dzięki za art.

    przymierzam się do maratonu solidarności od 2-óch lat; ponieważ typ pracy nie pozwala mi na regularne bieganie, to zawsze jest jakaś przeszkoda aby się zdecydować na start, tzn. wydaje mi się, że to jeszcze nie ten czas, że powinienem jeszcze więcej trenować a z drugiej strony koledzy już startowali i nie daje mi to spokoju; utwierdził mnie Pan jednak w przekonaniu, że nie ma się co spieszyć z maratonem; "...trzeba go przebiec a nie przejść", dodał bym jeszcze że to musi być przyjemne a nie droga przez mękę; nie ma co przesadzać; to dodało mi otuchy i dzisiaj wznawiam treningi; bieganie jest piękne!!!

    • 2 1

  • dreptanie

    Ciekawy artykuł.
    Ja zaczynałem podobnie, tzn. z modelu 3xF (Fotel w domu z pilotem, Fotel w aucie i Fotel w biurze) przeszedłem na aktywność, tj. dreptanie. Po pierwszym truchcie (ok 1000 m) myślałem, że mam zawał, a płuca chciały się oderwać i wpaść do wielkiego, grubego brzucha :-)
    Potem z miesiąca na miesiąc było lepiej. Powoli robiłem się chudszy, a kiedy schudłem 26 kg to przebiegłem maraton w Poznaniu (po drodze oczywiście także inne biegi od 10 km poczynając)
    Moja ulubiona trasa to Brzeźno-budy - molo w Sopocie - Brzeźno. Przepiękna, urokliwa trasa. Jak morze jest spokojniejsze to brzegiem, czasami bez butów, a jak trochę bardziej wieje to promenadą.
    Najpiękniej jest o 6 rano (a szczególnie wiosną, gdy dopiero wstaje dzień :-)
    Pozdrawiam i zachęcam do biegania. Nawet niekoniecznie do biegania - można przecież spokojniutko sobie dreptać. Najważniejsze, aby zrobić coś dla swego zdrowia

    • 15 1

  • Pozdrowienia z Bulwaru

    Świetny artykuł. Gratulacje!

    Nie mogę doczeka się następnych.
    Mam nadzieje, ze zobaczymy się jutro na bulwarze...

    • 2 1

  • hehehe Mikołaj, a ja mam 11 maratonów zaliczonych:) (1)

    Goń mnie goń. Fajnie piszesz!

    • 3 4

    • Panie Henryku....

      jak Mikołaj będzie w Pana wieku to będzie miał ich minimum 12...;-)

      • 1 1

  • świtny artykuł

    Panie Mikołaju, bardzo fajny wpis, o by takich wiecej :) POzdrawiam

    • 3 1

  • Najtrudniej jest zacząć...

    w czerwcu tego roku - jako amator, wzięłam udział w zawodach triathlonowych w Suszu. Do dnia startu bylam przekonana, że nie dam rady i zrezygnuję. Jednak sportowa atmosfera na tyle mi się udzieliła, ze wystartowałam - oczywiście w supersprincie. Jak łatwo zgadnąć bylam ostatnia płynąc "żabką" i jadąc na rowerze MTB:) Ale co tam!! wrażenia rewelacyjne. Teraz marzę o pół-ironmanie. Widok napisu META oraz uczucie że "jednak dałam radę" jest warte każdego wysiłku.

    • 7 2

  • Super Mikołaj, zaczynam czytać!!!

    • 1 2

  • Mikowhy'U

    Nie dość, że masz talent do biegania, to nie mniejszy do pisania
    Ale mi się rymnęło... ;)

    • 3 2

alert Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.

Informacje

Reklama

mail

Napisz do nas

Brałeś udział w ciekawej wyprawie lub zawodach, o których chciałbyś opowiedzieć naszym czytelnikom? Napisz do nas na aktywne@trojmiasto.pl