wiadomości

stat

Rusz się! Treningi z olimpijczykiem Igorem Janikiem

Morsowanie z Igorem Janikiem w Jelitkowie.
Morsowanie z Igorem Janikiem w Jelitkowie. fot. facebook.com/pg/igorjanik.trenerpersonalny

Dwukrotny uczestnik igrzysk olimpijskich, mistrz Polski, mistrz świata juniorów i młodzieżowy mistrz Europy - takie osiągnięcia w rzucie oszczepem ma na koncie Igor Janik. Zawodowa kariera sportowca już za nim, ale jak przyznaje, nie miał problemu, aby wydeptać nową ścieżkę. Jest trenerem personalnym, a do tego co niedzielę organizuje bezpłatne morsowanie na plaży w Jelitkowie. Jest to kolejny bohater cyklu Rusz się! Dwa tygodnie temu prezentowaliśmy Mateusza Kolerę, a w kolejnym tekście przybliżymy postać Adama Borkowskiego, który organizuje morsowania i lekkie biegi zarówno w terenie jak i po płaskim podłożu w Gdańsku.



Czy wziąłbyś/wzięłabyś udział w treningu z olimpijczykiem?

tak, to świetna okazja na dobry trening

66%

nie wiem, boją się, że nie dałbym/dałabym rady

18%

to nie dla mnie

16%
Energii i treningu Igora Janika można doświadczyć od godz. 11:30. To już czwarty sezon morsowania z byłym zawodowym sportowcem, uczestnikiem najważniejszych lekkoatletycznych imprez świata, jak m.in. igrzysk olimpijskich w Pekinie w 2008 roku oraz cztery lata później w Londynie.

- Kiedyś obserwowałem kolegów, którzy tworzyli morsujące grupy. Jeden z nich miał frekwencję na poziomie 90 osób i to był dla mnie kosmos. Myślałem wówczas, że jak się zgromadzi 50 chętnych, to będzie super. W pierwszym sezonie maksymalna frekwencja wynosiła 21 osób, a średnio pojawiało się na morsowaniu 6-10 śmiałków. W drugim sezonie maksymalnie pojawiło się 80, a średnia wyniosła 20-40. W trzecim sezonie grupa zrobiła zakres 160-190 osób, a obecnie, w czwartym, na plaży potrafi pojawić się 250-300 chętnych doświadczenia zimnej kąpieli. Nie liczymy jednak teraz dokładnie. Robiliśmy to do 190 osób - mówi Igor.
Sam zaczynał z morsowaniem podczas zgrupowań w Cetniewie, przed imprezami lekkoatletycznymi. Po treningu na plaży cała grupa wchodziła do wody. Później przyszła chęć spróbowania, czy rzeczywiście można się zahartować, gdy robi się to regularnie.

- Jestem zwolennikiem teorii, że jak samemu czegoś nie sprawdzę, to podchodzę do tego sceptycznie. Fenomenem jest dla mnie, że ludzie, którzy w poprzednich latach mówili, że nie wejdą do wody - a my jesteśmy nienormalni ponieważ jest to niezdrowe - teraz, po głębszym zastanowieniu próbują i mówią, że to było świetne i wrócą - dodaje Igor.
Stara się zachęcać morsujących do tego, aby mieć odpowiedni sprzęt. Mowa głównie o butach czy rękawiczkach neoprenowych. Warto także zabezpieczyć głowę, zwłaszcza przy minusowej temperaturze. Kiedy uczestnicy zajęć stosują się do tego, to mogą być niemal pewni, że przygoda z morsowaniem będzie zakończy się pozytywnie.

- Jeżeli najmłodsza dziewczynka, oczywiście będąca pod opieką rodzica, powiedziała, że za dwa tygodnie kończy pięć lat, a następnie weszła z nami do wody, to widać, że to nie jest takie straszne. Oczywiście nie przeszła całego treningu, bo nie miała fizycznych możliwości, ale w wodzie była - wspomina Igor.
Igor Janik
Igor Janik fot. facebook.com/pg/igorjanik.trenerpersonalny
Wszystko zaczyna się oczywiście od rozgrzewki. Igor wplata w nią kilka elementów z fazy przedtreningowej, którą przeprowadzał jako zawodnik. Chodzi o to, aby pobudzić cały organizm. Zwraca uwagę także na to, aby obserwować to, co dzieje się z oddechem.

- Proponuję rozgrzewkę, która jest na tyle dynamiczna, że większość, a w założeniu wszyscy, są tak rozgrzani, że chcą zdjąć rzeczy i wejść do wody. W niej jesteśmy przez dwie minuty i wychodzimy, biegniemy plażą do 200 m w jedną stronę, wracamy, wchodzimy drugi raz, także na dwie minuty. Może na rozgrzewce nie jest lekko, ale wszyscy mają być "przepaleni". A jeśli spotka nas duży wiatr, to rozgrzewka może będzie krótsza, ale jeszcze bardziej dynamiczna. Osoby, które są niespecjalnie przygotowane pod kątem ruchu, to robią wszystko na miarę swoich możliwość. Przyznają jednak, że takie niedzielne spotkania wiele im dają - twierdzi Igor.
- Morsowanie daje moc i pozwala być "odpalonym" na cały dzień. Do tego uczestnicy czekają na te zajęcia, a to oznacza pozytywne uzależnienie. W jednym miejscu mamy tak dużą populację różnych osób, które się dogadują, że jest to niesamowite. Wszyscy się jednoczą. Nawet gdy nie mogłem morsować w Nowy Rok i grupa została sama, to około 80-100 przyszło 1 stycznia wykąpać się. A ci, którzy nie mogli, a chcieli, pojawili się następnego dnia. Ludzie są niesamowicie wkręceni w temat - dodaje.
Na swoim przykładzie Igor zapewnia, że pod kątem zdrowotnym morsowanie pomaga. Nie łapią go większe infekcje, może jedynie czasami krótki katar. Ale oczywiście trzeba stosować się do pewnych zasad. Po morsowaniu jak najszybciej przebieramy się w suche rzeczy i uciekamy do ciepłego miejsca. Można jechać autem do domu, iść do tawerny - po prostu trzeba najpierw osiągnąć odpowiednią ciepłotę ciała, a dopiero później wychodzić normalnie na powietrze. A gdy ktoś przebiera się w rzeczy z rozgrzewki, zostaje dłużej na plaży, wyziębia się, to zapewne będzie miał problemy ze zdrowiem.

- W gorszej sytuacji, przy mrozie i wietrze są osoby, które przychodzą tylko pooglądać, niż te, które pierwszy raz morsują. One przecież nie wiedzą, co się dzieję, więc idą twardo do wody. Warto też wziąć pod uwagę to, że latem, kiedy wchodzimy do wody, nieraz mamy większą różnicę temperatury pomiędzy rozgrzanym ciałem a wodą - mówi Igor.


Były reprezentant Polski w rzucie oszczepem jest także trenerem personalnym. Prowadzi zajęcia w klubie CityFit. Jak wyliczył, za nim łącznie 12 lat w rygorze treningowym. Pewne problemy z odnową biologiczną odbiły się na zdrowiu i zaprowadziły do kontuzji. Sprawiły, że finalnie Igor nie mógł trenować na pełnych obrotach i wynikowo tylko uwsteczniał się. Główne elementy, które powinien robić na maksimum, był w stanie wykonać tylko w stopniu minimalnym. Doszedł do wniosku, że nic z tego nie będzie i bardzo szybko udało się mu wejść w rolę trenera personalnego.

- Nawet mój tato, który pracował ze mną przez pięć lat, dziwił się, że tak gładko mi poszło z wcieleniem się w rolę trenera personalnego. Działam jak komputer, łatwo programuję się w różne elementy, dlatego przejście z rygoru sportowca na trenera personalnego było gładkie. Aczkolwiek, jest mi o tyle łatwiej, że przez lata ćwiczeń odniosłem wiele kontuzji, poznałem różne metody treningu i wiem, które elementy są w miarę OK, a które zbędne, czy przereklamowane. Do tego wciąż testuję nowe elementy, aby wprowadzać je w trening. Nie jest to wiedza czysto książkowa, ale w większości praktyczna - mówi Igor.
Może dziwić, że jako tak doświadczony sportowiec nie został przy oszczepie i nie szkoli młodego pokolenia.

- Miałem oferty, aby pracować z lekkoatletami, ale je odrzuciłem. Przez wiele lat byłem w tym środowisku, ale Polski Związek Lekkiej Atletyki kilka razy robił mi pod górkę. A to, jak mój ostatni trener, czy mój tata byli traktowani przez PZLA, było śmieszne. Te elementy sprawiły, że powiedziałem sobie - po zakończeniu kariery sportowej odcinasz się. Nawet mnie to wszystko ucieszyło. Nie chcę już podlegać pod tych ludzi i wolę wydeptywać własną ścieżkę - kończy Igor.

Dodaj zdjęcie do artykułu

Opinie (14)

Dodaj opinię

Dodaj opinię

Odpowiedz

Regulamin dodawania opinii

zamknij

Portal trojmiasto.pl nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.